4350 green deal chart 640 x 426 px fin

Europejski Zielony Ład

Jakie własności powinien mieć prąd w gniazdku?

Według norm powinno być to 230 V o częstotliwości 50 HZ (polska norma PN-IEC 60038). Można by w tym miejscu wprowadzić dygresję i zastanowić się, co to Volt, częstotliwość i skąd się bierze. Tylko po co? Przeciętny użytkownik wkładający wtyczkę do gniazdka nie musi tego wiedzieć, a gdyby zechciał zaspokoić swoją ciekawość, to sobie wyszuka w Internecie.

Ale to nie wszystko. Prąd w gniazdku powinien mieć jeszcze inne cechy niż tylko fizyczne:

  1. Prąd ma być w gniazdku zawsze.

  2. Prąd ma być tani (cenowo przystępny).

Punktu pierwszego nie trzeba szeroko wyjaśniać, bo co się stanie gdy nie będzie zasilania? Wszystko stanie. Współmałżonek nie obejrzy ulubionego serialu lub meczu, krowy nie będą wydojone, sztuczne serce nie przepompuje krwi, a auto elektryczne nie dojedzie do celu. Ćwiczenia z tego ostatniego zadania zafundowali Austriacy właścicielom „elektryków” zeszłej zimy, gdy na czas breakdownu energetycznego wyłączyli wszystkie stacje ładowania. Biada tym, którzy nie sprawdzili tego przed wyjazdem…..

Co się zaś tyczy punktu drugiego, powszechnie uważa się, że wygenerowanie zielonej energii jest darmowe, właściwie bezkosztowe. Po prostu, wiatrak się kręci i prąd płynie. Słońce świeci na panele i cyk – prąd jest. Niestety tak się nie dzieje. Bo co się stanie gdy będzie noc i przestanie wiać wiatr? Wtedy realizacja założeń punktu pierwszego (czyli prąd musi być zawsze) spada na energetykę konwencjonalną. Tak więc, aby wiatrak mógł się kręcić a panele „robiły zielony prąd”, musi być zbudowana i utrzymana infrastruktura energetyczna zdolna do zapewnienia 100% zapotrzebowania na prąd. Przy czym należy zwrócić uwagę na to, że jeżeli generację prądu wiatrakiem możemy wyłączyć w każdej chwili i jest działaniem zautomatyzowanym (bezobsługowym), to  w przypadku generacji konwencjonalnej musi być dostępna elektrownia konwencjonalna, której czas rozruchu i czas wygaszenia jest stosunkowo długi.

Na przykład, klasyczna elektrownia węglowa, gdy będzie rezerwowa, to musi mieć dużą rezerwę węgla (na miesiąc pracy), a po uruchomieniu musi mieć zapewnione uzupełnienie rezerw i utrzymaną ciągłość dostaw na czas pracy. Dodatkowo w tej elektrowni musi być zapewniona obsługa całodobowa – wykształcona i przeszkolona załoga do prowadzenia i utrzymania zakładu. I to niezależnie od tego, czy elektrownia ta „pracuje” czy czeka w gotowości jako rezerwa (na przykład przez rok) – ludziom zapłacić trzeba. A na domiar złego, aby ta elektrownia uzyskała wyznaczoną wydajność, od decyzji „start” mija około 24 godzin. Podobnie sprawa ma się z decyzją „stop”. Długie procesy.

Z powyższego widać zatem, że zwolennicy Green dealu skazują kraje nim dotknięte na ponoszenie kosztów energii elektrycznej i deregulację krajowych gospodarek narodowych. Należy pamiętać, że teoretycznie (według wyliczeń firm sprzedających panele fotowoltaiczne), w sytuacji gdy gospodarstwo domowe skorzysta z dopłaty, uzyska zwrot z inwestycji po około 8-10 latach. Teoretycznie. W rzeczywistości będzie to kres 12-18 lat. Średni biznes.

Wyprodukowanie i postawienie jednego wiatraka też raczej nie należy do najtańszych. Nie mówiąc już o farmie kilkudziesięciu wiatraków, o morskiej opcji już nie wspominając. Inwestycja liczona w miliardach, z gwarancją zwrotu. Do czego to prowadzi? Nieuchronnie do wzrostu cen prądu. Skąd to wiem? Bo niemiecki system energetyczny temat przerobił już w praktyce a cena prądu dla odbiorców się podwoiła.

Nie chcę nikogo denerwować i straszyć, ale do niemieckich cen za prąd dojdziemy bardzo szybko. Nasze ceny jednak ciągle będą rosły, ze względu na konstrukcję Green Dealu, irracjonalną i nielogiczną w swoich założeniach. Jako kuriozum i dla przypomnienia – Niemcy robiąc bilans energetyczny na potrzeby Green Dealu całkowicie zapomnieli o elektrociepłowniach. Po prostu ich nie policzyli.

Teraz wyobraźmy sobie, że korzystamy z ciepła systemowego. Rachunki już są wysokie, a co się stanie gdy certyfikaty emisyjne zdrożeją dwukrotnie? Bardzo prawdopodobną staje się powtórka sytuacji z serialu „Alternatywy 4” i piosenki Perfectu „Lokomotywa z ogłoszenia”. Tak na marginesie, jak byłem małym Piotrusiem, to dziadek opowiadał mi, że przed wojną w lasach nie było nawet szyszek, nie mówiąc już o chruście. Wszystko wyzbierane. Widocznie już wtedy ktoś opanował współspalanie.

Gdzie więc popełniono błąd?

 

W momencie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku należało wynegocjować nie terminowy okres przejściowy, ale jakościowy okres przejściowy zamiany energetyki węglowej na jądrową, zamiast przyjmować certyfikaty emisyjne wprowadzone przez Komisję Europejską w 2003 roku (na mocy dyrektywy 2003/87/WE). Dzięki takiemu posunięciu mogliśmy się stać podmiotem przemian energetycznych Unii Europejskiej a nie tkwić za własne pieniądze w zaścianku. Idąc inną drogą niż Niemcy, ten wyścig byłby z pewnością dla nas zwycięski. A tak ciągle stoimy przed startem.

Czy jeszcze możemy wygrać?

 

Możemy, ale aby to zrobić, musimy szybko przyjąć i wdrożyć program Nowej Demokracji TAK o nazwie „Kapitał Narodowy”. Szczegóły tego programu w zakresie przemian elektro-energetycznych będą publikowane w grudniu 2021.

 

Piotr Chmielowski

 

foto: cor.europa.eu

Udostępnij:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on pinterest
Pinterest
Share on linkedin
LinkedIn
Przewiń do góry